.



 

 Dyskografia Wojtka Pilichowskiego Czytelnia Sprzęt Wojtka Pilichowskiego BDPavatar

23 stycznia 2004 r. w łódzkim klubie Jazzga odbył się rejestrowany koncert zespołu Wojtek Pilichowski Band. Płyta live z zarejestrowanym materiałem ukaże się w sklepach muzycznych na początku maja.

Łukasz Rygało: Myślałeś o płycie live od ponad roku, może dłużej... Dlaczego to dla Ciebie takie ważne? Mówiłeś nawet, że nie nagrasz płyty studyjnej, dopóki nie uda się nagrać materiału na żywo.
Wojtek Pilichowski: W ciągu ostatnich dwóch lat zagrałem całe mnóstwo koncertów: z Kasią Kowalską, Borysewiczem i Kukizem, z Markiem Raduli w Squad i ∏r2... Po prostu wolę grać koncerty niż pracować w studiu. Poza tym – taka płyta to wyraźne odzwierciedlenie tego, co muzyk gra naprawdę. Tym bardziej, gdy jest to uczciwa płyta koncertowa, na której żaden dźwięk nie został dograny w studio. Oczywiście – zagraliśmy rejestrowaną próbę, po koncercie powtórzyliśmy utwory, które nam słabo poszły prosząc publiczność o pozostanie w klubie. Choć prawdę mówiąc nie spieszyli się do wyjścia...
Uważałem też, że te utwory dużo lepiej brzmią na koncercie niż na płycie – po prostu jest w nich większa energia, większy czad.
Łukasz Rygało: Sporo niespodzianek na płycie – pierwsza z nich to skład. Chyba mało kto poza Łodzią słyszał o gitarzyście, który wziął udział w tych nagraniach – Bartku Papierzu.

Wojtek Pilichowski: Gdyby nie napięty terminarz zagrałby zapewne Michał Grymuza. Ale w tej chwili ma wyjątkowo dużo pracy jako producent, więc skorzystałem z naszego wspólnego z Grymuzą odkrycia... Usłyszeliśmy Bartka w jakiejś knajpie, grał z kapelą. Zaprosiliśmy go do stolika, rozmawialiśmy... uważam, że ma namaszczenie Michała.

Bartek miał masę pracy – musiał zapoznać się z całym materiałem, następnie obrabialiśmy to wszystko w sekcji z Michałem Dąbrówką, dopiero później dołączyli do nas na próbach Wojtek Olszak i Marcin Nowakowski. Zajęło to jakiś tydzień, pracowaliśmy w sali prób przy ulicy Samochodowej w Warszawie.


Łukasz Rygało: Miejsce wybrałeś też dość zaskakujące – niewielki łódzki klub przy Piotrkowskiej na pierwszy rzut oka nie wyróżnia się niczym szczególnym.


Wojtek Pilichowski: Pierwsze kryterium wyboru to sprawy techniczne – potrzebowaliśmy sporego pomieszczenia za sceną, gdzie można by zainstalować całe studio nagraniowe: system zapisu twardodyskowego, stół mikserski, kilkanaście preampów. Druga sprawa – potrzebowaliśmy klubu na co najmniej dwa dni tylko dla siebie. Po trzecie – lokal nie musiał być duży. Moglibyśmy zapełnić dwa lub trzy razy większy klub robiąc minimalną reklamę w postaci plakatów. Ale ja gram gorzej, kiedy widzę, że jest „zima” na widowni. Tutaj miałem stuprocentową pewność, że wypełnię salę życzliwymi mi słuchaczami. I tak też było – publiczność znała utwory, rozpoznawała je po pierwszych taktach, reagowała tak, jakbyśmy byli jakimś znanym zespołem (śmieje się).

Zaprosiliśmy masę ludzi współtworzących forum dyskusyjne przy stronie www.pilichowski.pl – przyjechali z całej Polski! Było sporo zaprzyjaźnionych muzyków, starych znajomych... Wszyscy bawili się świetnie.


Łukasz Rygało: To chyba głównie forumowicze zauważyli od razu kolejną niespodziankę – nowy instrument. Do Ashdownów i Everly wszyscy już się przyzwyczaili...


Wojtek Pilichowski: Wszyscy wiedzą, że przywiązuję do tego dużą wagę. Wiadomo – muzyk bez sprzętu po prostu nie istnieje... Ale tym razem ja również miałem niespodziankę – dosłownie w dniu koncertu odebrałem nowego GMRa. Romek Koc przekazał mi gitarę przez zaprzyjaźniony sklep muzyczny w Łodzi, zdążyłem pograć na niej godzinę, zagrałem próbę i dużą część koncertu. Nie było z tym żadnego kłopotu – od początku była robiona według moich wskazówek, wszystkie wymiary były starannie obliczone i zmierzone. Tu nie mogło być niespodzianek. Natomiast zaskoczeniem było brzmienie - Wojtek Olszak powiedział już po pierwszych dźwiękach, że to jeden z najlepszych instrumentów, na jakich grałem. Kto go zna ten wie, że nie szasta pochlebstwami.


Basówka jest efektowna i wyjątkowa. Moim hobby są tatuaże, złoto i ładne instrumenty. Ale choć świecące markery na gryfie niektórych mogą razić, to jest to profesjonalny instrument: menzura niby standardowa – 34”, ale jest tak ustawiona i wyważona, żeby nie trzeba było daleko wyciągać ręki do dźwięku F. Specjalna nakładka przed pierwszym progiem zapobiega niszczeniu gryfu przy graniu klangiem. Bardzo ważną rzeczą jest możliwość błyskawicznego przestrojenia najniższej struny specjalną „czarcią zapadką” do innego, określonego dźwięku. Specjalnie dobrane przystawki, preampy, drewno... Gryf oczywiście przez całość. Nie bez znaczenia jest lakier poliuretanowy (kto się zna, ten wie). Wszystko, co najlepsze, według doświadczeń zarówno moich, jak i Romka Koca, zostało wykorzystane w tym modelu.

Już myślimy z Romkiem o modelu sześciostrunowym skonstruowanym specjalnie pod statyw – umożliwia mi to błyskawiczną zmianę instrumentu podczas utworu. Teraz używam „szóstki” Yamahy, model TRB, oprócz tego często posługuję się pięciostrunowym Fenderem Precision Deluxe.

Zarówno sygnaturowy GMR, jak i Status „ubrane” były w struny Everly Bass Rockers i B-52 i podłączone były do całej szafy Ashdownów.


Łukasz Rygało: Masz w swojej kolekcji basówek ciekawe perełki... oprócz Luny!
Wojtek Pilichowski: Z poprzedniej wizyty w Stanach przywiozłem dość wyjątkowy instrument: dwanaście strun, w czterech grupach po trzy struny. Gra się na tym jak na zwykłej czwórce, bo każda grupa to struna basowa i dwie wiolinowe, strojone do niej w oktawie. Nie chciałem wyjść ze sklepu bez tej gitary! Na szczęście byłem z zaprzyjaźnionym Polakiem osiadłym w Ameryce – on potrafił się targować!
Łukasz Rygało: Czy GMR będzie modelem sygnaturowym? Dostępnym w sklepach?

Wojtek Pilichowski: Zgodziłem się na sygnowanie tego modelu moim nazwiskiem, bo jest to instrument „uszyty na moją miarę”. Będzie sprzedawany w dwóch wersjach: dokładnie takiej, jaką ja mam – i będzie naprawdę drogi – oraz w wersji za około 2000 zł. Ta wersja będzie miała dokładnie takie same wymiary i kształt, jak moja gitara, ale będzie wyposażona w tańszy, choć porządny osprzęt i będzie miała przykręcany gryf. Choć, na przykład, będzie możliwość przestrajania najniższej struny. Z czasem będzie sobie można ten osprzęt „podrasować”.

Zainteresowanych zapraszam na pokazy organizowane w sklepach muzycznych w całej Polsce przez firmę SoundTrade – zawsze będę tam miał ze sobą obydwa modele tej gitary, będzie można je sobie porównać.

Łukasz Rygało: A jaką mamy szansę na sygnowany wzmacniacz Ashdowna?

Wojtek Pilichowski: Nie wiem! Uczestniczyłem ostatnio w dwóch prestiżowych imprezach basowych: European Bass Days w Holandii i Euro Bass Days we Włoszech. Po koncercie w Holandii Mark Gooday (prezes Ashdowna) oświadczył, że już nigdy w życiu nie będę musiał kupować wzmacniacza. Mam na to świadków! I chociaż na dobry wzmacniacz zawsze warto wydać pieniądze, to mam obiecany model sygnaturowy. Raczej nie wejdzie do produkcji masowej, chociaż... cudotwórca Stępiński może do tego doprowadzić.

Same te koncerty były wielkim doświadczeniem. We Włoszech miałem mieć trzy pokazy na małej scenie – i nie było w tym żadnej ujmy, bo grał na niej na przykład Alphonso Johnson czy Stu Hamm – ale po pierwszym dniu zostałem zaproszony na dużą scenę, co było doświadczeniem nie do opisania! Kiedy rozkładałem się na scenie z moim trio (Olszak, minidisc i ja), to zwijał się Alphonso Johnson, legenda gitary basowej – zdążyliśmy wymienić uścisk dłoni i grzeczności. Gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że tak będzie, to bym go chyba poturbował za to, że tak okrutnie ze mnie kpi.

Łukasz Rygało: Wróćmy do nagrania live w Łodzi – jak realizowaliście nagrania? Była chyba masa problemów technicznych związanych zarówno ze sposobem rejestracji, jak i na przykład przesłuchami...

Wojtek Pilichowski: O, tak... Przede wszystkim wybór nośnika – taśma jest kłopotliwa, trzeba ją zmieniać a komputery potrafią się zawiesić. Wybrnęliśmy z tego używając systemu twardodyskowego. Stało się to możliwe dzięki wielkiej pomocy przyjaciół z branży - przede wszystkim muzycy mieli wolne terminy. Pojawiły się kłopoty sprzętowe, ale np. Klimkiewicz użyczył dwudziestoczterościeżkowego systemu twardodyskowego, pojawił się Paweł Haus, który postawił nagłośnienie w klubie, Tomek Lipiński przeprowadził się ze studiem na zaplecze sceny, Wojtek Olszak zabrał sporo gadżetów z Woobie Doobie Studio i pomógł w realizacji, Marcin Elwood Machnacz zajął się techniką sceny, ktoś załatwił sponsoring hotelu. Wielka mobilizacja, zamieszanie, koncert... Kiedy później usiedliśmy spokojnie w Woobie Doobie Studio żeby po raz pierwszy odsłuchać materiał byliśmy potwornie spięci, ale okazało się, że wszystko jest w absolutnym porządku. Wprawdzie przez zakłócenia w sieci energetycznej materiał zarejestrowany na próbie dzień przed koncertem nie nadawał się do obróbki, ale reszta brzmiała świetnie.

Sprawdziły się „partyzanckie” metody likwidowania przesłuchów między wzmacniaczem gitarowym i basowym przy użyciu kawałka płyty pilśniowej, wielofunkcyjna klapa futerału Paco Cases zadziałała jako tłumienie bębna taktowego, który wchodził w mikrofon saksofonu.


Łukasz Rygało: O ile pierwsza rejestrowana próba, dzień przed koncertem, była dość nerwowa, to podczas koncertu sprawiałeś wrażenie całkowitego luzu, nie było śladu tremy.

Wojtek Pilichowski: Jeszcze przed koncertem obawiałem się, że będę zestresowany, że się pomylę... Kiedy jednak zobaczyłem tych ludzi, którzy przyszli do Jazzgi, to po drugim kawałku uspokoiłem się zupełnie. No bo co mogło się stać? Najwyżej bym się pomylił! W końcu gram na gitarze, a nie rozbrajam min! Pomogła wspaniała atmosfera, choć... był i jeden przykry element: wśród publiczności pojawił się jeden gość, który postanowił mi towarzyszyć podczas grania solówki. Cały czas klaskał – w swoim mniemaniu zapewne równo – usiłując mi pomóc w zachowaniu rytmu. Później okazało się, że był tak pijany, że nawet uwagi sąsiadów nie robiły na nim wrażenia. Ale chyba to jest to – ten koncert, ten dzień i ten podchmielony, anonimowy fan, który załapał się na nagranie. A właśnie – proszę go o kontakt, w końcu należą się tantiemy!

 

 

Łukasz Rygało:Kto zajął się obróbką materiału?


Wojtek Pilichowski: W pierwszej fazie Tomek Lipiński – przerzucił ścieżki na ProToolsa, poprzycinał i odesłał do Woobie Doobie Studio. Tam ślady zostały zmiksowane i ustawione w odpowiednich proporcjach. Zaznaczam, że w studiu nie został dograny ani jeden dźwięk! Zapadło kilka decyzji o wyborze wersji, kolejności utworów itp. Postanowiłem pozostawić na płycie całe siedmiominutowe solo na basie. Na początku pomyślałem: siedem minut... kto to wytrzyma?! Ale po przesłuchaniu okazało się, że nie ma jak tego uciąć!

Płyta ma tytuł Wojtek Pilichowski Band – Jazzga live. Słowo „band” jest tu bardzo ważne, ponieważ ta płyta jest podsumowaniem naszej wieloletniej współpracy muzycznej i przyjaźni z Wojtkiem Olszakiem, Marcinem Nowakowskim i Michałem Dąbrówką. Co tu dużo mówić – grają na wszystkich moich solowych płytach! Poza tym – chyba nie ma solowych płyt koncertowych... Zawsze gra zespół, w którym każdy z członków jest ważną postacią. Ja nie wyobrażam sobie pracy nad taką płytą z ludźmi, z którymi nie jestem zaprzyjaźniony.

Druga część nazwy tłumaczy się prosto – klub, w którym nagraliśmy materiał nazywa się Jazzga. W pierwszej chwili nie brałem pod uwagę tej nazwy, ale... to dobry tytuł. Poza tym od mojej pierwszej płyty nic się nie zmieniło – jazzmani uważają mnie za rockowca, rockowcy – za jazzmana.


Łukasz Rygało:Ta płyta to nie jedyny projekt, w który jesteś zaangażowany...


Wojtek Pilichowski: Nie dałem Łodzi zapomnieć o sobie – już tydzień później nagrywałem płytę wspólnie z Mietkiem Jureckim i Krzyśkiem Ścierańskim. Płyta jest już praktycznie nagrana, czekamy tylko na moment, w którym będziemy mieli wspólnie wolne terminy, żeby wykonać miksy. Tracki rejestrował Tomek Lipiński.

W maju premiera płyty Hani Stach – projekt, w który jestem zaangażowany wyjątkowo emocjonalnie... Przede mną nowa płyta Kasi Kowalskiej, ∏r2 dużo koncertuje, ze Squadem nagraliśmy insert dla Estrady i Studia, nagraliśmy też płytę koncertową w Jaworkach. Ciekawym doświadczeniem była moja kolejna wizyta w Stanach – tym razem z Borysewiczem i Kukizem. Daliśmy kilka koncertów – w tym jeden na Manhattanie, w B. B. King Club. Świetnie się gra w takich miejscach, o których wiesz, że niedawno grał w nich ktoś, do kogo twórczości podchodzisz na kolanach. W tym roku z Borysewiczem i Kukizem będzie mniej grania, ale za to rozwija się współpraca z Janem Bo... Zapowiada się dobry rok.

.