.



 

 Dyskografia Wojtka Pilichowskiego Czytelnia Sprzęt Wojtka Pilichowskiego BDPavatar

Najpierw trzeba się zastanowić, dowiedzieć od samego siebie, czy na pewno chcemy grać. Musimy spytać się siebie o pobudki, które nami kierują.

Zaczynamy grać!

Tak naprawdę wszystko jedno dlaczego - grunt, żeby motywacja była silna. Obojętne więc, czy chodzi o finanse, sławę, miłość do muzyki, chęć imponowania dziewczynom, robienie na przekór rodzicom - grunt, żeby to było silne.

Kiedy już wiemy że chcemy, trzeba się upewnić, czy mamy predyspozycje do instrumentu. Może się na przykład okazać, że basówka jest nie dla nas, bo mamy 150 cm wzrostu w kapeluszu i na obcasach i nie dosięgniemy do dźwięku F. Jeśli chodzi za nami perkusja - musimy zdecydować, czy chcemy pracować w hałasie i czy aby na pewno chcemy być technicznym i (przy okazji) najlepszym przyjacielem muzyka. Nie wiadomo, czy chcemy być klawiszowym - to wymaga żmudnych zajęć... Gitarzysta? Takie pospolite i oklepane... poza tym menele z podwórka mogą nas zmuszać do grania na ławce Chabrów z poligonu. Wokalista z kolei w wypadku chwilowej niedyspozycji zespołu na scenie jest pierwszy w kolejce do oberwania pomidorem w jełopę. Instrumenty dęte powodują stopniowe przekształcenie ust w "tatara", co może się nie spodobać naszej dziewczynie. Powinno być więc jasne, że pozostaje tylko bas (jeśli kryterium wzrostu jest spełnione).

Wybór instrumentu mamy więc za sobą.

Pierwsza basówka

To kolejny problem - mało kogo stać bowiem od razu na instrument dobrej klasy, poza tym - brakuje nam przecież doświadczenia, a więc wiedzy koniecznej przy zakupach. Niby wiadomo: prosty gryf, producent przystawek, dobra praca kluczy itd., ale... najlepiej zdać się na kogoś, kto nam doradzi. I tu ważna uwaga: nikt (Pilich też) nie udzieli nam dobrej rady listownie...

I nie narzekajcie, że macie marny sprzęt - poczytajcie sobie po prostu wspomnienia Jacka Chruścińskiego:

Zaczynałem dość dawno, bo w latach 70. - większość basówek w kraju to były czeskie albo co gorsza polskie instrumenty, czasem enerdowskie. Porządnych instrumentów było dosłownie kilka i wszystkie były znane, to znaczy wszyscy wiedzieli, do kogo należą. Ja akurat miałem sporo szczęścia, bo jako młody chłopaczek brałem lekcje u niewiele starszego, ale już dobrze w środowisku znanego Mariana Pawlika - grał wtedy z Rodowicz, Jarocką, wcześniej wymyślił i założył “Dżamble”. No i Maniek miał Fendera Precission, fretlessa. Instrument brzmiał cudownie, ale był dla mnie wielkim wyzwaniem, gdyż miałem spore kłopoty z intonacją... Marian ma go do dzisiaj, choć niestety jakieś piętnaście lat temu nabił progi – stwierdził, że ma dwa kontrabasy, więc... po co mu fretless?

Miałem też wówczas jakiegoś defila, którego wspólnie z kolegami lutnikami przerabialiśmy. Koleś przysłał mi ze Szwecji humbukera którego w nim zamontowałem. Były to czasy (ciągle mówimy o latach 70.) kiedy w większości instrumentów strugało się gryfy przy użyciu szkła. Trzeba było załatwić sobie od szklarza trochę świeżo ciętego odpadu (wtedy krawędzie są najostrzejsze) i takimi okruchami robiło się na gryfie kilka strużyn. Potem brało się świeży kawałek szkła... Dzięki temu gryf przestawał być klocem niemożliwym do objęcia i dawało się grać. Przerobiliśmy tego defila zupełnie, łącznie z główką, dzięki znajomemu stolarzowi zajmującemu się wyrobem trumien z półpudła zrobiliśmy normalną dechę i nazwaliśmy nasz wyrób “Starman”. Zupełnie przypadkiem sprzedałem ten instrument jakiemuś starszemu koledze za całe 50 dolarów, co było sporym osiągnięciem.

Potem sprawiłem sobie podróbkę precissiona z Tajwanu, ale uratował mnie kolega, który zakończył karierę sceniczną i przestawił się na jubilerstwo. Dzięki niemu wszedłem w posiadanie prawdziewego Fendera. Chciał za niego nie tak dużo, bo 500 dolarów. Dziś wydaje się mało... Ale to był rok 1980... Umówiliśmy się na raty: co pół roku 50 dolców. Jednocześnie cały czas stosowaliśmy “przelewy”, więc w ogólnym rozrachunku kupiłem ją za 450. Dla orientacji – jeżdżąc wtedy po kraju i grając tzw. “składanki” miałem zwyczaj w tylnej kieszeni spodni zaszywać 10 dolarów – była to kwota, za którą mogłem w razie czego z każdego miejsca w kraju wrócić do domu taksówką. Pełne zabezpieczenie!

Dziś mam precisiona z 1986 roku – brzmienie już trochę starawe, ale bardzo lubię na nim grać – oraz Alembica piątkę – to już zawodowy instrumencik.

Nieciekawie było też z piecami – pierwszy, na jakim grałem to piec, który mój kumpel “wypożyczył” z domu kultury. Był to enerdowski Regent – ważyło to mniej więcej tyle co małe auto i miało jakieś 25 wat mocy. Sound niepowtarzalny: korekcja góry nie za bardzo działała, dół trzeba było odkręcać do oporu – efekt był raczej “mulisty”. Struny, na jakich się wówczas grało to owijane płaskownikiem Fendery kupowane w Pewexie. Dramat... Po prostu liny.

Dla przykładu powiem, że dzięki koledze, który w 1977 roku przysłał mi z Zachodu kilka kompletów D'Addario od razu dostałem kilka zleceń na chałtury – tak wielka była zmiana brzmienia. Zresztą wielu moich kolesiów, którzy wyjechali 15-20 lat temu do Stanów i przysyłali co jakiś czas struny robi to do dzisiaj. Nie mają pojęcia, jak się dzisiaj żyje w Polsce.

Potem ktoś w Gdańsku zaczął robić struny Presto – było przyzwoicie. Oczywiście nie zmieniło to faktu, że struny się gotowało! Stąd wzięła się na przykład anegdota o Andrzeju Żurku, basiście “Pod Budą”, ze jest to jedyny przypadek na świecie, kiedy struny są starsze od basisty.

Wracając do wzmacniaczy: po jakimś czasie mój wujek-elektronik rozpruł jakąś vermonę, włożył przewinięte “honekery” - enerdowskie głośniki, które wytrzymywały nawet do 200 wat, ktoś załatwił porządne potencjometry... Bruślik (pan Jajco) kiedy zobaczył ten sprzęt powiedział tylko: Zawodowy piórniczek...

Bardzo ważne jest też, aby od początku ćwiczyć ze wzmacniaczem i metronomem. W momencie, w którym zaczynamy grać na basie, nasze życie zmienia się diametralnie. Wiem to z własnego doświadczenia: chłopaki grają na podwórku w piłkę, a ja z własnej, nieprzymuszonej woli ćwiczę w pokoju jakieś niezrozumiałe melodyjki. Kolesie reperują swoje motorowery, a ja całe oszczędności z bólem serca przeznaczam na nowy instrument.

Korzystamy oczywiście z cudzych doświadczeń w graniu - każdy, nawet niewiele bardziej zaawansowany od nas muzyk może nas czegoś nauczyć. Nawet jeśli gra gatunek muzyki, który niespecjalnie nam odpowiada. Podpatrujemy, podpytujemy, ćwiczymy. Warto mieć nauczyciela, przy czym ważniejsza od jego umiejętności muzycznych jest umiejętność przekazania wiedzy. Kiedyś nie było tak popularnych obecnie "szkółek" na video, a ludzie jakoś sobie radzili. Warto posłuchać wspomnień Jacka Chruścińskiego:

Kiedy zaczynałem to w ogóle nie było materiałów edukacyjnych dla nikogo – żadnych szkółek, samouczków itp. Jedyna możliwość rozpracowania utworu to rozwalenie go samodzielnie – tak na przykład rozpracowywaliśmy “Heavy Weather” Weather Report przy użyciu jednego z pierwszych “jamników”, jeszcze w wersji mono. Ale miało to swoje dobre strony – uczyłeś się od starszych kolegów, podpatrywałeś, podpytywałeś. Marian Pawlik po pierwszym wyjeździe do Stanów z Rodowicz przywiózł rewelację, przełom po prostu. Słyszeliśmy od jakiegoś czasu, że za wodą jakoś inaczej grają, że uderzają w struny. Przez rok czy dwa ludzie grali uderzając palcem wskazującym “na sztorc”, prostopadle do struny – tak, jak na klawiszu. Nie śmiejcie się, do takich wniosków doszli na podstawie brzmienia. Dopiero Maniek podpatrzył za wodą, jak to się robi naprawdę. Ale zanim do zobaczył, zdążył nagrać jakimś numerze Zauchy naszą, polską wersję klangu...

 

Im później zdecydujemy się na swój styl grania, tym dłużej będziemy czerpać ze wszystkich dostępnych źródeł i rozszerzać swoje horyzonty - a wszechstronność basisty to rzecz ważna. Póki co - ćwiczymy kiedy się da...

.