Mamy zespół, mamy skład i chwytliwą nazwę, kilka własnych utworów - zaczynamy czynić starania w kierunku pokazania się światu...
Szukamy tupetu
Będziemy potrzebowali go wiele, aby zacząć grać koncerty. Jednak Sam tupet nie wystarczy - przydałoby się demo, które otworzy przed nami wrota sławy, czyli miejscowej oberży prowadzącej działalność kulturalno-gastronomiczną.
Nie nadają się stanowczo nagrania, które robiliśmy na próbach. Ich jakość z pewnością nie zachęci potencjalnych sponsorów do zorganizowania koncerciku. Inne korzyści to: odczucie na własnej skórze trudów pracy w studio, nowe doświadczenia w pracy z wielośladem i kapryśnym realizatorem, szansa na zaistnienie w świadomości odbiorców na lokalnym rynku. itd., itp.
W tej chwili bardzo modne jest nagrywanie w komputer - ma to swoje zalety. Nie trzeba mieć nie wiadomo jak skomplikowanego sprzętu - żeby nagrać perkusję wystarczy jeden pojemnościowy mikrofon (w ostateczności - cztery dynamiczne). Oczywiście polecam nagrywanie jeden po drugim - początkowo nagrywanie na setkę (cała kapela jednocześnie, na żywioł) nie przyniesie oczekiwanych skutków.
Nagrywamy więc najpierw perkusistę, potem dokładamy basistę, gitarzystę, klawisza... Jeśli zostanie trochę miejsca na śladach - wpuszczamy wokala, który choć zaśpiewa nieczysto, to za to nierówno :)
Na upartego możemy spróbować nagrywać się sami na wieloślad. O ile kasetowy będzie nieporozumieniem, to np. czterośladowy mini-disc (sam posiadam dość stary model Yamaha MD4) będzie całkiem znośny.
Pertraktacje w oberży
Kiedy mamy już demo - rozpoczynamy poszukiwania odpowiedniej oberży. Pierwszą wskazówką będzie osobowość karczmarza oraz jego aparycja. Pamiętamy tu o tym, że ci ludzie w swoi środowisku tytułują się menedżerami klubów, zaś oberżystami czy karczmarzami możemy ich nazywać poza ich plecami. Druga sprawa: wchodząc do lokalu rozglądamy się dyskretnie po części użytkowej lokalu oraz po szczawnicy (WC) czy gdzieś przypadkiem nie stoi praleczka. Warto mieć bowiem rozeznanie, czy aby klub nie jest pralenką... Odradzam pytanie wprost! Pewną wskazówką (choć czasem mylącą - patrz Pilichowski) może być image karczmarza - np. złoty kajdan na szyi.
Nagrania pod żadnym pozorem nie zostawiamy barmanowi ani kelnerce (bez względu na to, jakie ma walory) - musimy dotrzeć podstępem lub siłą do samego Her Oberżysty. Gdy już tego dokonamy, musimy sprytnie zainicjować rozmowę, na przykład mówiąc, że z pewnością gościł tu już wiele znanych i lubianych zespołów, ale nie ma to jak inwestować w młode talenty. Albo Rolling Stones też gdzieś musieli zacząć. Generalnie: to nie my robimy łachę. I pamiętajcie: pokorne ciele dwie matki ssie, jak mawia moja babcia - a ona wie co mówi.
Ciężko jest się dogadać z kierownikami klubów... To w większości przykłady absolutnej degrengolady umysłowej i braku orientacji na rynku muzycznym! jeden z moich dobrych znajomych (uznany muzyk ze sporym dorobkiem płytowym) zadzwonił kiedyś do takiego klubu z propozycją, że może by pograł u nich troszkę. Trafił jednak na jełopa, który nawet nie wiedział, z kim ma do czynienia!
Zawsze gramy za pieniądze. Jeśli nie uda się zarobić, to gramy za zwrot kosztów. Uwaga: nasze koszty to transport, micha (mama nie da), struny, pałki, membrany i zelówki wokalisty - jeśli jest żywiołowy. Jeśli nie jest - rozglądamy się za następnym. Warto wtedy pamiętać, że wokalistki są przeciętnie 3,5 do 5 razy droższe w utrzymaniu.
Repertuar
Nie zajedziemy daleko próbując grać własny repertuar, choćby był nie wiem jak przebojowy. Ludzkość ma to do siebie, że podobają jej się tylko te piosenki, które już zna. Stąd też niemiłą przygodę miał Marek Napiórkowski, który w czasie jamu był bardzo dokładnie słuchany przez grupę ludzi bez szyi, a po zejściu ze sceny po solówce usłyszał: Jak się skończy dyskoteka szykuj się na wpier.... Inna nauka płynąca z tego przykładu: dla większości obywateli z kręgów przestępczych jeśli grają głośno - to musi być dyskoteka.
Gramy więc standardy - to nie hańba i nie wstyd. Warto mieć w repertuarze rzeczy nowe, np. z kręgu acid jazz, coś z początków rock'n'rolla (od Hendrixa po Toto), polskich dinozaurów itd. Wybór jest duży, ale dobrze jest mieć szeroki rozrzut - w ten sposób mamy szansę spodobać siękażdej publice w każdym wieku.
Podobało się!
Publika zadowolona, oberżysta wypchał kieszenie dresu biletami Narodowego Banku Polskiego i proponuje nam granie za tydzień. Musimy w tym momencie wiedzieć, ile biorą inne kapelki grające w tym lokalu, aby nie cenić się zbyt nisko.
Zaczynamy ustalać program - kolejność utworów nie może być przypadkowa, a sprytny pomysł na schemat szybki-wolny-szybki-wolny lub wolny-szybki-wolny-szybki nie zawsze się sprawdza. Musimy zakomponować swoje sety tak, jak się komponuje utwory. Weryfikujemy utwory: lepiej grać rzeczy mniej znane, ale takie, które mamy opanowane do perfekcji, niż gubić się w szlagierach. Dopracowujemy utwory, na które publika reagowała żywiołowo pomimo braków w wykonaniu.
Zdarza się uzyskać zainteresowanie wąskiego grona w zupełnie inny sposób... Graliśmy kiedyś spory koncert z Kaśką Kowalską, po nas zrobiono krótką przerwę i na scenę wbił się zespół grający tak przepotwornie, że jedynymi słuchaczami byliśmy my. Basista grał tak nierówno, że nawet w prostych, ósemkowych podziałach wydawało i się, że wplata elementy latynoamerykańskie. Pomimo tego że grali największe przeboje Budki Suflera i Ich Troje - wszyscy uciekli. Tylko my dyskretnie tarzaliśmy się ze śmiechu pod sceną. Zaskakiwali nas co zwrotka. Gitarzysta grał solówki z innych numerów niż cały zespół. Chciałbym ich kiedyś zaprosić na jakąś prywatkę...













