Trochę histori...
Nie wierzcie obiegowym opiniom, że kiedyś było lepiej. Krążą takie - mówią, że nawet powietrze przed wojną było lepsze. Jak się dętkę w rowerze napompowało to można było jeździć i jeździć... Otóż nie!
Kiedyś, moi drodzy, były weryfikacje. I taki Hendrix (zwany "Heńkiem Mańkutem") w Polsce by się nie utrzymał, bo nie znał nut i w ogóle miał niewielkie pojęcie o teorii muzyki. Na egzaminie na muzyka powiedzieliby mu, żeby sobie poszedł (w wersji light) i grał w domu, bo nawet na ulicy mu nie wolno. Nirvana też by raczej nie zaistniała poza wąskim kręgiem rodziny i przyjaciół.
A było tak, że paru panów siadało sobie za stolikiem przykrytym zielonym, prezydialnym suknem i trzeba było przed nimi grać. Albo produkować się w inny sposób, jeśli na przykład chciało się być kierownikiem Domu Kultury czy klubu jazzowego. I taki Boguś Dziekański (człowiek wielki i wspaniały) takiego egzaminu nie zdał! Zadawali mu różne pytania na temat muzyki, składów (jakich muzyków zaprosiłby na festiwal jazzowy o określonym profilu?) i typ podobnych rzeczy - wszystko to wiedział. Poległ na pytaniu jakie są stawki telewizyjne dla muzyków jazzowych? Tylko gdzie jest ośrodek telewizyjny w Gorzowie Wielkopolskim i co ma wspólnego prowadzenie klubu jazzowego ze stawkami muzyków w telewizji? Cóż - jak się chce psa uderzyć, to się kij zawsze znajdzie...
Najśmieszniejsze jest to, że Boguś dzisiaj płaci stawki koncertowe tym, którzy go wcześniej oblali na weryfikacji. A oni mają czelność wyciągać rękę po te pieniążki - ja na ich miejscu grałbym dożywotnio w jego klubie za darmo!
O dostępie do sprzętu i materiałów edukacyjnych już nie wspominam, bo ja sam uczyłem się z siódmego xero Slap It!, a na Kruczej w Warszawie był taki sklep za dolary, w którym były zawsze usmarowane szyby od ulicy, bo stado małolatów oglądało tam sprzęt "na Kuleja" - z nosem rozpłaszczonym na szybie.
Weryfikacje na szczęście mnie ominęły... Wyobraź sobie teraz, że grasz, jest fajnie, twojej kapeli się układa, przed wami kontrakt, który postawi was na nogi i... zbiera się siedmiu smutnych staruchów i mówi: chwileczka, teraz to my zobaczymy, co ty wiesz o Szopenie? Nie wiesz nic? To wyp............ gnoju do domu, nie będziesz grał rock'n'rolla! Nie mówię tu, że nie warto czegoś o rzeczonym Szopenie wiedzieć, ale głupio warunkować tym tworzenie własnej muzyki.
Zbyszek Hołdys sprzedał mi parę ciekawych historii dotyczących weryfikacji: na przykład Paweł Markowski, perkusista zespołu Manaam, został wezwany na takie przesłuchanie i padło wspomniane wcześniej pytanie: kto to był Szopen? A on na to: No jak to kto? Szopen to Szopen, nie? A potem spytał smutnych panów, czy oni wszyscy razem, jak tak siedzą, sprzedali choć połowę tych płyt, co on z zespołem.
Jeden z Trubadurów (kiedyś był to bardzo zbuntowany zespół młodzieżowy) - Ryszard Poznakowski - przyszedł na weryfikacje z jakimiś wielkimi organami, które na owe czasy były niesamowitym osiągnięciem techniki, odwrócił się tyłem do instrumentu i zaczął grać jakąś bardzo popisową partię. A potem zapytał komisji, czy oni też tak potrafią...
Kiedy zdawał Piotrek Szkudelski (perkusista Perfektu), to przyszli całym zespołem, razem ze Staszkiem Zybowskim, i zagrali jakiś piekielnie trudny standard jazzrockowy. A potem się wytłumaczyli, że Piotrek ich prosił o akompaniament, bo nie wiedział, czy panowie z komisji będą potrafili to zagrć.
A tak weryfikacje wspomina Jacek Chruściński:
Miałem szczęście załapać się na początkowa fazę weryfikacji, więc dostałem z automatu kategorię B, którą z czasem podwyższono mi na A. Ale w 1983 roku trochę się zmieniło i musiałem poddać się temu zabiegowi. Pierwsza część – teoretyczna – dotyczyła kształcenia słuchu. W komisji miałem Ptaszyna Wróblewskiego, który słynął z tego, że lubił zaskoczyć weryfikowanego.
Zagrałem swoje popisówki, wszystko pięknie poszło. Kolankowski sprawdził mnie z interwałów, nagle podchodzi Ptaszyn, uderza w klawisze rozcapierzonymi dłońmi i pyta: A to? A ja na to: To chyba podobne do tego – i uderzam podobnie... A to dobre, dobre! - Ptaszyn na to. Przeszedłem...
Razem ze mną zdawali koledzy ze znanego zespołu – nie podam nazwy, bo po co. Oblali wszyscy trzej, wyszli bowiem z założenia, że skoro w komisji są jazzmani, to oni będą grali jazz. Gdyby zagrali coś rockowego, swojego, co im pasi, to byłoby wszystko w porządku.
Cała ta impreza to była i tak fikcja, bo grało się na cudzych papierach. Trzeba było uważać tylko na wypłatach w Estradzie, żeby nie wyrywać sobie nie swojej kasy. Miało to jednak i dobre strony – eliminowało napływ niedouczonych grajków, którzy za pół ceny zabierali robotę.













