Co nas może spotkać w trasie?
Organizacja koncertu
Tu możemy się poczuć mile rozczarowani albo niemile zaskoczeni - na dwoje babka wróżyła... Na ile możecie wymagać? Na tyle, na ile się czujecie!
Jeżeli organizator życzy sobie, żebyście grali głośno, a nie ma odpowiedniego sprzętu - to bardzo dobrze! Jeśli wy go macie, możecie zażądać dodatkowych pieniążków. Jeśli nie - zarobi zaprzyjaźniony nagłośnieniowiec, a wy macie u niego plusa.
Pamiętajcie - jeśli gracie poza miejscem zamieszkania, to organizator zazwyczaj gwarantuje:
- honorarium,
- koszty transportu (albo zwrot za bilety, albo zwrot za paliwo, albo jako kilometrówka)
- hotel (lub inne przyzwoite spanko). Jeśli w hotelu nie ma ręcznika, to prześcieradło może go z powodzeniem zastąpić.
Bywa różnie. Kiedyś z Radulim śpimy sobie grzecznie, zmęczeni potwornie po koncercie a tu - wojna!. Ryk potężnych silników, hurgot... Wyglądamy za okno, a tam... czołgi jeżdżą! Dali nam hotel robotniczy przy fabryce czołgów. Żeby było śmieszniej, w czasie zasadniczej służby Marek był w jednostce pancernej! Wzruszył się...
Co jeść na trasie?
Mama czy babcia potrafi zrobić znakomite potrawy z niczego - np. kotlet mielony u mamy z pewnością będzie pyszny. Natomiast zamówiony w przydrożnej karczmie... Nigdy nie wiemy, czy zmielone zwierzątko, które właśnie spożywamy, nie zostało tydzień temu zeskrobane z pobliskiej trasy szybkiego ruchu. Jeśli znajdziemy w potrawie kawałki zderzaka samochodowego - mamy już pewność.Generalnie odradzam stołowanie się w przydrożnych grill-barach, choć jest gwarantowany wskaźnik jakości: jeśli przy barze, w którym chcemy się posilić, są zaparkowane TIRy (w konkretnej ilości) to możemy tam jeść śmiało. Miejsce jest sprawdzone - kierowcy ciężarówek jedzą w trasie sporo i świetnie wiedzą, gdzie dobrze gotują. Nawet jeśli oblegany przez nich wyszynk nie wygląda zachęcająco...
Wystrzegamy się oczywiście potraw typu przegląd dnia. W najlepszym wypadku jest to przegląd poprzedniego dnia, w najgorszym - minionego tygodnia. Precz z gulaszem, bigosem, fasolką po bretońsku itp. Prześwietlamy również dokładnie potrawy z natury swej ostre, gdyż książka kucharska uczy nas, że najostrzej gotuje się w krajach zwrotnikowych, gdzie mięsko psuje się szybko... Preferujemy mięso drobiowe - nawet jeśli odrobinę nieświeże, to nie stanie nam w gardle.
Barowe znajomości
Nawet jeśli podczas posiłku w trasie będzie się o nas uśmiechała jakaś dziewczyna, to nie pytajcie, gdzie się tak opaliła, bo powie że na poboczu. A poza tym to nie jest kelnerka - nic u niej nie zamawiajcie! Oprócz grzybowej i tatara nic nie ma! Wylądujecie potem u lekarza - i nie będzie to gastrolog!
Kac
Walka z kacem jest trudna, ale do wygrania. Przede wszystkim - trzeba dużo jeść, ale tylko rzeczy lekkostrawnych: cienkie zupki i tego typu sprawy. Dobrze jest też się wypocić: na kaca najlepsza ciężka praca. W czasach, kiedy nie wiedziałem co to zdrowy rozsądek i skutecznie niszczyłem swój organizm wstawałem grubo przed wszystkimi i biegałem kilka kilometrów pocąc się jak mysz kościelna. Trzeba uważać, bo dwa najbardziej narażona na wyniszczenie organy muzyka to uszy i wątroba :)
Nie palimy papierosków - to wzmaga kaca! Nie polecam oczywiście leczenia podobnego podobnym - klin niewiele zmienia. Podobnie jak notoryczne niedopuszczanie do kaca. Jajco budząc się rano po imprezie sięgał po lufę wódki ze słowami: nie wolno hamować z piskiem opon!
Dziś trudy podróży wydają się wielkie - te wszystkie bambetle stłoczone w jakimś mercedesie... Ale porównajcie dzisiejsze przygody w trasie ze wspomnieniami Jacka Chruścińskiego:
Jeździliśmy Roburem nawet do Norymbergi! Lato było upalne, a w Roburze otwierały się tylko dwa okienka w szoferce, reszta na sztywno. Z tyłu jechało całe nagłośnienie: nasze graty i przody, techniczni, akustyk, zespół i... tony zaopatrzenia. Trzeba było oszczędzać na żarciu! Gotowało się w umywalkach: woda, solidna grzałka lub dwa druty i kuchnia gotowa. Do umywalki wrzucało się całą konserwę, nieobrane ziemniaki grzałkę i... za chwilę obiad gotowy.
Wtedy, jadąc do Norymbergi, mieliśmy mały kłopot: zamek w tylnych, uchylnych drzwiach był uszkodzony i nie otwierał się normalnie. Ale kierowca miał patent – wkładał gdzieś tam śrubokręt, naciskał i gotowe. Na niemiecko-niemieckiej granicy podjeżdżamy sobie spokojnie, wymieniamy grzeczności z celnikami, wszystko fajnie, ale oni chcą zerknąć na tył robura. Kierowca wyskakuje, wsadza śrubokręt, naciska – i nic! Próbuje kilka razy – bezskutecznie! Po chwili wyskakuje przerażony konferansjer z krakowskiej Estrady – nienagannie ubrany facecik w laczkach – i zaczyna się pienić: panowie, otwórzcie, jak to wygląda, co oni sobie pomyślą – itd. W końcu sam łapie za wielki uchwyt w drzwiach i zaczyna się szarpać – oczywiście bez żadnych widocznych efektów. Zapiera się nogą o drzwi, żeby szarpnąć mocniej – i w tym momencie noga wpada mu przez przerdzewiałą blachę do środka! Co gorsze nie może jej wyjąć, bo blacha się zawinęła i kaleczy mu łydkę. Po chwili ze wszystkich TIRów wychodzą niemieccy kierowcy i automatycznymi aparatami, o których my mogliśmy wtedy tylko marzyć, robią zdjęcia kretynowi w garniturze z noga uwięzioną w drzwiach robura. Żenada...
Jadąc latem w okolice Szczecina byliśmy przyodziani tylko w slipki i korzystaliśmy z każdego zbiornika wodnego po drodze, żeby się choć trochę przekąpać.
Wtedy właśnie poznałem specjalny gatunek technicznych – tzw. “smutnych technicznych”, dziś dość rzadko spotykanych. Są to goście, którzy kiedyś pili na umór, a potem okazało się, że im już nie wolno. Zaszywali się wtedy i przestawali mówić. Wyglądało to w trasie niesamowicie – tu gwar, śmiechy, wygłupy – a w kącie siedzi smutny techniczny z książką...
Zagraniczne wojaże miały też swoje drugie oblicze – były nieźle płatne. Ale jeśli wysyłał nas PAgArt, to mieliśmy do czynienia z ciekawą sytuacją: za wykonaną sztukę dostawałeś rubelki do ręki i miałeś od tego wypłacić PAgArtowi prowizje. Kłopot był tylko jeden – tych pieniędzy nie można było przewieźć przez granicę! Czyli powinieneś przeżreć te pieniądze na miejscu, wrócić do Polski, zarobić gdzieś i oddać prowizję. Najlepiej w dolarach... W efekcie trzeba było przemycać, i to najlepiej złoto, które tam było tanie jak barszcz. Byli tam wyspecjalizowani kolesie – rasa jakaś zakaukaska, ale po polsku mówili pięknie. Kiedyś nie chcieliśmy złota, więc zaproponował nam dziewczyny. Nie chciał kasy dla siebie, a i dziewczęta nie były wymagające – wystarczyło dać im spodnie. Perkusista skorzystał, za te nieszczęsne spodnie “rozmawiał” z nią przez kilka dni a potem chciał się jej pozbyć. Miał z tym jednak kłopot, więs spytał się naszego dobroczyńcy co robić. A on na to: Czy ja wiem? Zabierz dżinsy... Poskutkowało – poszła sobie!
Ale kiedy już kupiło się złoto, to trzeba je było przemycić. Jasio Samburski z zespołu No To Co nauczył mnie świetnego sposobu: zgłaszało się towar do odprawy warunkowej, czyli wcześniej się cliło, oni to pieczętowali, oklejali itd. A że nasze “kejsy” były z desek z wiekiem na zawiasach, to odkręcenie zawiasów bez zrywania plomb nie było wielkim problemem. Kłódki pozostały nietknięte, plomby na swoim miejscu a złoto upchnięte we wzmacniaczach. Raz tylko nasza nafaszerowana towarem paczka została na lotnisku... Po prostu nie zmieściła się do samolotu. Mieliśmy w niej wszystko, bo wydawało nam się, że jeśli upchniemy wszystko w jednej paczce, to prawdopodobieństwo wpadki będzie mniejsze. Gdybyśmy podzielili towar, to gdy celnicy zwąchaliby jedną, to przetrzepaliby wszystko. I właśnie w tej jednej został cały nasz dorobek...
Adaś Galas opowiadał mi o innej przygodzie na wschodzie, mieli bowiem dość nietypowe problemy fekalne. Na sztukę jechali transporterem opancerzonym... O ile jeszcze panowie wyskakiwali na czterdziestostopniowy mróz, to Lidka Stanisławska przymarzała do podłoża. W transporterze było dwóch żołnierzy – jeden kierował, a drugi palił w kozie. A w środku norma: gorzała, karty... Jechało się prawie cały dzień, wieczorem sztuka, w nocy powrót... W miejscach, w których grali, można było skorzystać z toalet, ale standardem były “wielkie stopy” - dziura w podłodze i wyznaczone, alntypoślizgowe miejsca na stopy. Ale w jednym z domów kultury trafiliśmy na normalny sedes, jednak biedni ludzie radzieccy nie widzieli nigdy muszli klozetowej: zaczęli dobrze, stawiając go na dziurze, ale potem dobudowali z drewna stopnie i obudowali całą muszlę pozostawiając dziurę w surowych dechach...













