.



 

 Dyskografia Wojtka Pilichowskiego Czytelnia Sprzęt Wojtka Pilichowskiego

Po co komu manager?

Manager to gość, który ci mówi: Jutro zagramy tu i tu. Na co zazwyczaj twój perkusista mówi do ciebie półgębkiem: Taaaa... zagraMY!

Manager to taki techniczny od terminów... Ale również facet od mówienie, jaki zespół jest fajny. Bo przecież trudno, żebyście sami poszli do oberży czy innego potencjalnego sponsora i mówili o sobie samych w samych superlatywach. Jeśli mówi to ktoś z zewnątrz (a menago w końcu jest kimś takim) to jest to bardziej wiarygodne.

Dobry manager wie wszystko o zespole: kto kiedy ma jakie egzaminy, czym się zajmuje, kto czym jeździ... Jeśli wie na przykład, że pałker ma gruchota, a za dwa dni gracie ważnego joba, to powinien zatroszczyć się o transport. Jeśli macie wokalistkę, to powinien znać terminy jej "trudnych dni". Poważnie.

Ale to wszystko odsuwa się na dalszy plan w momencie, w którym w grę wchodzą negocjacje finansowe. Zawsze tłumaczcie organizatorom, że powinni rozmawiać z managerem, bo... on jest bardziej zrównoważony psychicznie niż członkowie zespołu. Docenicie posiadanie własnego menago zwłaszcza wtedy, gdy coś się między wami a organizatorem nie ułoży. Wtedy bowiem manager bierze na siebie bardzo trudną role... Zespół powinien zawsze być przyjacielem organizatora, partnerem, wspólnikiem... Co złego - to manager. Organizator narzeka, że dużo bierzecie? Za krótko graliście? Za mało bisów? Za głośno? Rozłóżcie bezradnie ręce: manager tak zadecydował...

Pomimo pewnej zażyłości z kapelą manager powinien być obiektywny, patrzeć na zespół chłodnym okiem. Oceniać i komentować utwory, wizerunek i styl zespołu, sugerować zmiany jeśli są potrzebne. To gość, któremu słuchacze prędzej powiedzą niż wam, co im się nie podoba.

Co do rozliczenia finansowego - opcji jest kilka. Najprościej jest traktować gościa jak jeszcze jednego członka zespołu lub zaproponować mu inne procentowe udziały (10%? 15%) w zyskach zespołu - wtedy lepiej negocjuje kontrakty i umowy. Pensja? O, nie...

Jacek Chruściński wspomina:

Nie było kiedyś czegoś takiego jak manager – zespoły miały wówczas kierowników. Jakiś instruktor z domu kultury czy bibliotekarz dostawał nagle polecenie zaopiekowania się zespołem. Cała sztuka polegała na tym, żeby być u niego w notesie – kiedy tylko trafiał się impreza typu Dzień Budowlańca czy Leśnika, to koleś dzwonił – i były pieniądze. Załatwiał joba, hotel, żarcie... Stawki były wówczas ustalone odgórnie - załóżmy 87 zł dla muzyka, +50% dodatku dla solisty z własnym tekstem, +30% dodatku objazdowego za trasę dłuższą niż 60 chyba kilometrów. Nie były to jakieś szczególne pieniądze, ale pamiętam takie miesiące, w których grałem na przykład 27 sztuk – ale zawsze tylko jedną dziennie. Były też okresy, w których grałem 56 sztuk w dwa tygodnie. Po cztery dziennie!
Były to czasy składanek: konferansjerzy, trzech czy czterech piosenkarzy, dwóch aktorów, jakiś sportowiec “na małpę”, facet rzucający siekierami do babki przypiętej do koła... Poważnie, takie sztuki grały największe gwiazdy! Spytajcie Wodeckiego! Wituś Wnuk - pianista, z którym wtedy grałem, był oburzony: To skandal – nie dość, że on rzuca w nią siekierami, to zauważ, że my gramy na ołtarzach! Graliśmy wówczas w pomorskiem, a tam była masa zlikwidowanych kalwińskich zborów, które zostały zamienione na domy kultury: z chórów zrobiono balkony, na podwyższeniu pod ołtarz zrobiono scenę...

.