Po co grać?
No właśnie... Poruszyliśmy w poradniku strasznie dużo tematów - począwszy od tego, jak kupić sobie instrument i założyć zespół, a skończywszy na tym, czym powinien zajmować się manager. Ale nigdy nie zadaliśmy podstawowego pytania - dlaczego grać? Dlaczego być muzykiem? Albo chociażby perkusistą? Na pewno nie dla pieniędzy...
Jeśli się nad tym racjonalnie zastanowić, to sytuacja wygląda tak: razem z Tobą, drogi internauto, w tym samym roku, tylko w naszym kraju, na basie zaczyna grać około tysiąca małolatów. Niektórzy skończą tak jak Zgred - po miesiącu, inni będą w tym trwać przez 25 lat jak Krzysiek Ścierański.
Sprawa jest z góry przegrana - na sam początek trzeba wydać ładnych parę tysięcy złotych. Za te pieniądze można sobie kupić fajny skuter i jeszcze na kask zostanie. Po chwili okazuje się, że to wierzchołek góry lodowej - za chwilę potrzeba nowej basówki, lepszego wzmacniacza, paru efektów. Co najmniej raz w miesiącu trzeba kupić komplet strun...
Największą paranoją jest to, że przez pierwszych kilka miesięcy wydaje ci się, że coś się z tobą dzieje: że robisz postępy, że z godziny na godzinę jesteś lepszy. Mnie się tak wydawało! Ze swoją pierwszą Luną chodziłem po osiedlu jak walnięty tylko po to, żeby wszyscy widzieli, że jestem lepszy, że gram, że jestem inny.
Potem przychodzi straszny moment w którym zdajesz sobie sprawę, że im więcej ćwiczysz, tym więcej widzisz niedoskonałości w swojej grze. Wiem, że nic nie wiem... Paranoja. O co chodzi?!
To nie jest zawód demokratyczny - fakt, że osiągnąłeś pewien poziom gry, przećwiczyłeś kilkaset czy kilka tysięcy godzin i masz na to papier nie powoduje, że coś ci się od życia należy. Wykonałem normę, więc Ministerstwo Kultury płaci mi pensję - na przykład 5000 zł miesięcznie.
I tu prośba - NIGDY nie róbcie sobie bilansu! Po jednej stronie staną bowiem wydatki: zakup sprzętu i osprzętu, opłaty za salę i przejazdy, poświęcony na to wszystko czas, który można by przeleżeć przed telewizorem. Po drugiej będzie tylko satysfakcja. I może parę złotych z grania w oberżach.
I dlatego nie dziwcie się, że 95% rodziców nie pochwali was za podjęcie decyzji o związaniu swojego życia z muzyką. Mój dziadek na ten przykład totalnie odradzał mi pójście w tę stronę - radził mi nawet, żebym za te pieniądze kupił sobie motorower. Twierdził nawet, że prędzej mu kaktus na dłoni wyrośnie, niż ja będę grał. Jak pierwszy raz zobaczył, ze kręcę kluczami od strojenia to powiedział, żebym przestał - bo zepsuję, i żebym oddał do stroiciela. Mama i babcia po dłuższym namyśle stwierdziły, że trudno - lepiej niech sobie kupi tę gitarę, niż ma pić z łobuzami wino pod blokiem. Czyli wybrały mniejsze zło...
Nikt z rodziców nie widzi w tym sensu. Moje zdanie na temat tych rodziców?
Mają rację!
Mówiąc krótko - gdyby moje dziecko podejmowało takie decyzje, jakie ja podejmowałem mając 15 lat, to wybijałbym mu to z głowy wielką, dębową, nieociosaną pałą. Było to bowiem przekreślenie wszystkich innych możliwości - poszedłem na przykład do szkoły zawodowej tylko dlatego, że mogłem się tam przebujać na lewusa jak tylko długo się da, żebym mógł ćwiczyć na basówce.
Nawet w momencie, w którym zostaniesz zawodowym muzykiem zaczynasz wydawać jeszcze więcej - na zawodowe instrumenty i osprzęt, lepsze studia itd. Mało który z zawodowych muzyków ma samochód z salonu i własne mieszkanie. Naprawdę!
No właśnie... I po co to?
(tu przerwij czytanie i idź zrobić sobie herbatę)











