.



 

 Dyskografia Wojtka Pilichowskiego Czytelnia Sprzęt Wojtka Pilichowskiego

Edukacja

Często pytacie się jak ćwiczyć, czy warto chodzić do szkoły muzycznej, uczestniczyć w warsztatach itd. - krótko mówiąc: garniecie się do wiedzy :)

Teorii na temat metod ćwiczenia jest masa. Marcus Miller na przykład radzi, żeby ćwiczyć razem z płytami... Można - zwłaszcza przy rozwalaniu "patentów", ale równie skuteczne są ćwiczenia w wolnych tempach, kiedy słuchamy tylko siebie. A jeśli jeszcze mamy okazję się nagrać, a potem odsłuchać - jest świetnie!

Na warsztatach często widzę, że basiści do ćwiczeń ustawiają sobie ładną, okrągłą barwę odkręcając dużo dołu i proporcjonalnie do tego - środek. Wszystko pięknie, ale podczas ćwiczeń zalecałbym wręcz odwrotne ustawienie pokrętełek: dużo góry i minimalnie dołu. Wtedy dopiero słychać wszystkie braki w artykulacji i dynamice, łatwiej wyłapać błędy.

Nie załamujcie się też po zmianie instrumentu czy wzmacniacza na lepszy - najprawdopodobniej uznacie, że wasze umiejętności w magiczny sposób uległy zmniejszeniu...

Opowiem wam, jak ja ćwiczyłem: rozpisywałem sobie plan zajęć na najbliższy tydzień, albo nawet miesiąc. Pisałem dokładnie co będę ćwiczył, w jakiej kolejności i ile czasu poświęcę na poszczególne ćwiczenia. Każdy dzień miał dokładnie zaplanowane 3 godziny, które wypełniałem z wyjątkową skrupulatnością. Pozostały czas poświęcałem na ogrywanie rzeczy które lubię i które sprawiają mi przyjemność.

Szkoła muzyczna... Mądremu człowiekowi szkoła w życiu nie przeszkodzi... ja mam za sobą tylko pół roku na Bednarskiej w Warszawie. To nie pomaga w tym, żeby stać się lepszym artystą. Przygotowuje za to do bycia w pełni profesjonalnym muzykiem: biegła znajomość nut, wykształcony słuch i tak dalej. Zadziwiające jest natomiast w szkołach muzycznych w Polsce, że absolutnie nie przygotowują do pracy studyjnej... A z resztą - to kpina, że w Katowiczach cztery lata temu zauważono, że istnieje taki instrument jak gitara basowa (przypomnę - to jakieś 50 lat poślizgu). Najgorsze jest to, że absolwenci tych uczelni nie znają zasad funkcjonowania rynku muzycznego.

Z przykrością obserwuję u niektórych absolwentów szkół muzycznych zbytnią pewność siebie i jednocześnie "roszczeniową postawę wobec życia" - w końcu ukończyli poważną szkołę... Niestety dyplom takiej uczelni nie zapewnia pracy. Nie chodzi mi, broń Boże, o to, że to nic nie warty papierek! Nie namawiam do olania tych uczelni! Wystarczy spojrzeć na WoobieDoobie: i Wojtek Olszak, i Marcin Nowakowski skończyli średnią szkołę muzyczną, Michał Grymuza ukończył wyższą szkołę muzyczną, ja jestem zupełnym samoukiem. A Michała Dąbrówki nie przyjęto do Katowic... Czasem widzę to w oczach różnych kolegów ze sceny - taki niemy wyrzut: kim ty jesteś? Nie masz szkoły, a masz robotę...

Cóż... Mogę tylko po raz kolejny zacytować Nathana Easta: Co zrobić, żeby być wziętym muzykiem? Trzeba być miłym facetem... Mądrze też podsumowuje sytuację Zbyszek Hołdys: Trzeba umieć być własnym managerem...

Wracając do edukacji: oczywiście podręczniki, oczywiście szkółki video, oczywiście warsztaty. Ala najważniejszym jest znalezienie sobie grupy ludzi, od których będziecie mogli się uczyć. To może być kilku basistów, z którymi możecie dzielić się doświadczeniami, zespół ze stażem na scenie, dobry muzyk. Nic nie zastąpi kontaktu z ludźmi.

Ważna rzecz - warsztaty. Nie ma się co oszukiwać - zawsze mówię na rozpoczęcie każdych warsztatów, że nikt nie wyjedzie z nich jako lepszy basista czy muzyk, ale na pewno jako mądrzejszy człowiek. Warsztaty motywują, ładują baterie, dają doświadczenie bez zbędnych siniaków. Bo przecież takie warsztaty to miniatura showbiznesu! Choćby wieczorem, z kolegami w pokoju: jeden chce ćwiczyć, a drugi pić wódkę. Wybór należy do ciebie... Można wybierać miedzy składami, umawiać się z różnymi muzykami na jam session. Nauczysz się grzecznie odmawiać muzykom, z którymi nie chcesz grać...

Miałem w swoim życiu moment, że odwaliła mi palma. Dziękuję Bogu, że łagodnie przeszło i obyło się bez poważnych konsekwencji... I przypomniało mi się, jak na początku mojej przygody z basówką grałem w zespole Beatrice - na nasze próby przychodziło wtedy sporo fajnych ludzi, w tym trener podnoszenia ciężarów, starszy już gościu. Byłem w składzie najmłodszy, więc silą rzeczy to ja wysłuchiwałem większości mądrych rad... I ten trener mi właśnie kiedyś powiedział: Pamiętaj, Wojtuś - ja to zawsze swoim zawodnikom powtarzam - żebyś nigdy w siebie fałszywie nie uwierzył.

I to by było na tyle.

Przemyślcie to sobie.

.