.



 

 Dyskografia Wojtka Pilichowskiego Czytelnia Sprzęt Wojtka Pilichowskiego

Hołdys o Pilichowskim

Najpierw był telefon, który jak zawsze zaczął się od następującej wymiany:
-Zbigniew Ho?
-Tak
-Sie masz. Tu Wojciech Pi.

Czasami chodzi o nic, czasem o to, by pogadać, czasem o jakąś konkretną sprawę. Sprawę, nie interes. Tym razem dyskretny i chytrze kontrolowany akcent praskiego żulika, który bez śladu znika, ilekroć powaga tematu tego oczekuje, oznajmił:

Wiesz, i tak dalej, jakby tak śmiało nawinąć, to nie bardzo wiem od czego zacząć, no bo z kolei jakby mnie przycisnąć, to w sumie powinienem nawinąć ci wprost coś takiego: mam mieć wywiad do pewnej gazety, tej Popławskiego, rozumiesz, "Gitara i Bas", i chciałbym, żebyś ty go ze mną przeprowadził. Takie coś tam, w mordę, do załatwienia.

Potem szeleszczący akcencik wyekspediował w moją stronę pełną paletę kurtuazji, że się nie obrazi, jeśli nie, że wszystko rozumie i właściwie głupio, że zadzwonił, no ale chuj, stało się. Więc jakby tu powiedzieć, "co ja na to". Gdybym miał videofon, to zawołałbym Tytusa, żeby sobie obejrzał z bliska ten jego uśmieszek, którym kończy niemal każde zdanie, żeby się go na pamięć nauczył. Dzięki temu uśmiszkowi nikt mu jeszcze niczego nie odmówił.

Umówiliśmy się za dwa dni. Miał być o dziesiątej, o jedenastej zadzwonił, że przeprasza, już jedzie, zaspał, miał wczoraj dwie sesje nagraniowe i w ogóle. - Za nagranie jednego kawałka biorę dwa miliony - mówi ze zdumieniem oglądając ser, jaki sobie po drodze kupił na śniadanie. Przytyka nos do szczeliny w sreberku i - Skarpetą zalatuje... - stwierdza zaskoczony. Czytam z etykietki: pleśniowy camembert. - Nie, no latem sam lubię zwykły, żółty ser, jak sobie poleży trochę na słońcu i złapie lekki soundzik, no ale nie taki, w mordę, jak ten - rozkłada ręce. Ma własne bułki, dostaje nóż, talerz, masło i wędlinę i robi sobie kanapki. Przez dwie godziny rozmowy wypije litr mocnej kawy i wypali dwa papierosy: - Rzuciłem jaranie i teraz jeden szlug dziennie kręci jak tornado.

- Ile masz tych sesji nagraniowych? - pytam, oglądając wydruk komputerowy projektu okładki, jaki przyniósł ze sobą. - Jakieś piętnaście, dwadzieścia miesięcznie - opowiada. I zaraz dodaje: - Kiedyś grałem za byle co, teraz dwie bańki i proszę bardzo. Bez względu na to dla kogo i jak trudny utwór. Chwilę się zastanawia. - Wiesz, są basiści, którzy dumpingują ceny, nagrywają prawie za darmo. Nie ma sprawy - dopóki istnieją jest po kim poprawiać - kończy ze śmiechem. Nie powie po kim. - Już i tak są skrzywdzeni przez los.

Miesiąc temu przyjechał do mnie prosto ze studia ze swoją pierwszą, jak mówi, solową płytą. - Złapałem się na tym, że żyję w jakimś amoku, że przyjmuję każdy telefon i każdą robotę, gram ze wszystkimi i wszędzie. Musiałem coś z tym zrobić - mówił wtedy. - To jest naprawdę duże osiągnięcie - uśmiecha się teraz, pstrykając palcem w projekt okładki. - Odmówiłem iluś osobom, bo byłem zajęty swoją własną płytą, rozumiesz? - przez moment targa nim chichot, ale nagle poważnieje: - Bzdura, prawda? Niby głupstwo, a dla mnie to strasznie ważne. Zaciąga się dymem, mruży oczy i wylicza: - Teraz gram w raz.. dwa... trzy, cztery... w ośmiu, tak w ośmiu kapelach. Nie mam wyjścia. Mam rodzinę, którą muszę utrzymać, opłacić rachunki, spłacić jakieś długi. Niestety nie mam zespołu, gdzie byłby zawodowy management, stałe zarobki i w związku z tym święty spokój.

Marek Surzyn powiedział kiedyś, że już nie ma na niego siły. Wojtek nie tylko nie ma czasu na próby, ale i pewnie nie pamięta nazw tych wszystkich kapel, w których gra. Inny kolega stwierdza lakonicznie: Zmienił się. Goni za pieniądzem. Dostał odjazdu na granie ze wszystkimi, byle mu brzęczało w worku. Jakby to usłyszał. - Grałem kiedyś ze wszystkimi za zero kasy i wtedy nikt nic nie mówił. Teraz powiedziałem sobie - dość, przecież to mój zawód. No i rzeczywiście, że tak powiem, postanowiłem zacząć się cenić, w końcu nie gram tak źle - ironicznie wykrzywia usta. Nagle ożywia się: - To jest tak, że zawsze można wziąć innego basistę. Wolny kraj. I ja z kolei mogę zagrać za darmo, jeśli będzie to miało jakiś sens. Proszę bardzo. Sytuacja jest open. Trzeba mnie przekonać.

Do prób ze mną przystąpił bez pytania o pieniądze. Ból korzonków szarpał mu plecy, a zawsze był o czasie i pracował bardzo ofiarnie. I bardzo pięknie grał. I nie brał nagrań, które by kolidowały z próbami, a które przecież a vista dawały mu cash. Trzeba go pokonać i tyle.

-Jan Bo - odpowiada bez wahania, kiedy go pytam o najważniejszy moment w muzycznym życiu. - Bez dyskusji. Jan Bo dał mi najwięcej. To były w sumie moje pierwsze wielkie koncerty, po parę tysięcy ludzi, i naprawdę bardzo piękne, ekspresyjne granie. Borysewicz był tym człowiekiem, który przekonał mnie do rocka. Wiesz, proste, transowe riffy... nic wielkiego, a jak kołysało i jak żarło? No i sam Janek jako gitarzysta który tu, w tym kraju... (zastanawia się) ...tak, tutaj on stoi na czele stawki. Gościu śpiewa na gitarze, po prostu. Może ludzie tego tak do końca nie wiedzą, ale to prawdziwy gigant.

Kiedyś przyszedł do Pizza Hut w budynku LOT-u w Warszawie i obejrzały się wszystkie kelnerki. Gdy dosiadł się do mnie cały bar przestał pracować. Taki jesteśmy duecik.

- Ile ważę? 95 - wzrusza ramionami - Jedzenie to mój nałóg.
Czarne glany, koszula z szarej flaneli w żółtawą kratę, bluza z kapturem, brązowa, skórzna kurtka z kolorowym nadrukiem na plecach, czapka baseballówka. Mnóstwo ruchu i rozbiegane oczy.

- Narkotyki to śmierć. To fakt, spróbowałem tego i owego, ale tylko po to, by się przekonać, że to śmierć. Natomiast... (chytrze się uśmiecha) ...dziarsko kirzę raz na miesiąc, ha, ha... Tylko po to, aby sobie lekko przetrącić dyskietkę. I dodaje z zażenowaniem: - Nie powinienem pić gorzały, bo raz na banieczce chciałem napier... kelnera, kurdę, to zły znak. Pismo "Gitara i Bas" powinno wychodzić w trójwymiarze, to byście zobaczyli jak pokazał tego kelnera. Genialnie imituje żuli, gitów i swojego własnego ojca, kiedy opowiada o wódce, Grochowie czy awanturach. - Babcia, babcia - podnosi palec do góry. - Ona mi pokazała co dobre, a co złe. Ona mnie przestrzegała nawet przed graniem z nieznajomymi. Starzy też woleli, żebym siedział na podwórku z gitami, bylebym nie wpadł w bagno. Rozumiesz: syn - jedynak, a tu muzyka, panienki, wszystko co chcesz, czyli w sumie wolny świat. Czyli i gorzała, i ćpanie... Babcia bardzo czujnie mnie prowadziła.

Gdy pytam o religię odpowiada natychmiast: Jestem chrześcijaninem. Nie katolikiem, anabaptystą czy protestantem, a chrześcijaninem. Życie bez Boga to jak jazda autem bez silnika, to wszystko.

- Zacząłem grać dokładnie wtedy, kiedy Ścierański wydał swoją pierwszą solową płytę. Między nami jest ta właśnie różnica. Widzisz. on już jest na swoim miejscu, ma swój teren w muzyce. Tam stoi jego biurko. Ja go w pewnym sensie zastałem i na to jego granie można powiedzieć,że się jakoś tam załapałem. No, ale potem... Potem, to już było wszystko, co może niść ze sobą 10 lat różnicy. Wylicza: - Inaczej się teraz gra, inaczej brzmi. Inna jest rola rytmu, w inny sposób się nagrywa. Ścierański jest... o tam... (pokazuje ręką za okno) ...ja jestem tu choć rzeczywiście jeszcze swojego swojego miejsca nie mam. Pytam kto go dotychczas uczył. - Instynkt. Nic wielkiego. Zawsze kleiłem się do ludzi, którzy byli nie za daleko, żeby ich w miarę szybko dogonić. Jako małolat miałem fart, bo poznałem jednego Czarnego, który mi pokazał dokładnie, jak czarni myślą w muzyce. On miał straszny zamiąch na tym swoim czarnym strychu, ale kiedy biali mistrzowie pokazywali mi na gryfie idealne pozycje, ten nygus grał takie, które po prostu huczały.

Żywo gestykuluje i teraz musi poprawić włosy, które wymsknęły się z kucyka. - K... przyzwyczajenie, muszą być spięte, bo gitarę trzymam wysoko i jak rozpuszczę kudły, to włażą mi zaraz w struny - wyjaśnia. - To na marginesie byt problem w zespole Jana Bo - puszcza oko. Na drugim marginesie: niedawno ustalili z Jankiem, że za parę miesięcy nagrają kolejną płytę.

 Patrzę na niego. Dwadzieścia pięć lat to niby mało, ale też i dużo, bo taki Marcus Miller grał z Sanbornem jak miał osiemnaście. A Marcus Miller to przecież bóg. - Wiesz, to jest proste. Parę lat temu spotkałem w Ameryce Pawła Jarzębskiego - Mąciwodę. W Polsce to był całkiem zdolny basista. Tam gra raz, nie wiem, za hamburgera, kiedy indziej za kilka dolców, bez obrazy. Musiałbym jak on pozostać tam i jak on czekać, albo modlić się o swoją szansę. I wiesz jak jest, k... ona wcale nie musi nadejść - bierze mocnego sztacha, wykrzywia usta i wraz z kłębami dymu wypuszcza swoją ulubioną pointę: - Tego nie mogę zrobić ze względu na żonę, rozumiesz, i wszystkie inne, nazwijmy to rodzinne obowiązki.

Czyli nie ma szans.

Zastanawia się przez chwilę.

- To nie tak Ja jem małą łyżką. Całe życie jadłem małą łyżką. Jako szczeniak mieszkałem na Grochowie i całym moim marzeniem było zagrać na potańcówce, w szkole. Żeby mnie koledzy z podwórka, gity i żule, zobaczyli jaki to szpan. Potem marzyłem o przeglądzie dzielnicowym, a potem, nie wiem, o mokotowskiej jesieni muzycznej czy czymś takim, wiesz, na całą Warszawę. Wierzyłem, te Bóg sam mi podsunie takie, albo inne rozwiązanie i że ono będzie dla mnie dobre. To wszystko. Składa ręce jak do modlitwy i przez sekundę spogląda na sufit i ciągnie dalej: - I wiesz, najpierw chciałem grać z tym czy tamtym koleżką z podwórka, potem z kimś innym z innego podwórka, potem z kimś jednym znanym, potem z innym jeszcze bardziej znanym. Stopniowo, pomalutku, krok po kroku. Aż doszedłem tu, do tej pierwszej solowej płyty. Cały czas tą swoją małą łyżką. I cały czas do góry.
Nadal nie jestem przekonany. Hendrix umierał w jego wieku i Cobain też, ale nie mówię tego. On tymczasem patrzy na żaluzje kiwając głową w jakimś łagodnym rytmie i nagle wypowiada następujące zdanie: - Kto wie? Gdybym wskoczył gdzieś wysoko w wieku 18 lat, to może bym dostał takiego odjazdu, że zamiast pierwszej solowej płyty miałbym teraz na koncie trzeci tysiąc wypitych alpag?

Jeśli mnie czymś przybliżył do swoich racji, to właśnie tym zdaniem.

. . .

Wilczur o ksywce "Chociaż" zapewne tego nie rozumie. - Łagodny jak nie wiem co. Jeszcze nikogo nie zagryzł. W większości domów w kuchni stoi stół z ceratą - miejsce szybkiego połykania jajecznicy i żucia kaszanki, wałkowania ciasta na makaron, tudzież bicia piany podczas balang. Tu jest konsoleta Allen & Heath 16 x 4 x 2, 8-śladowy Fostex, bębniarz Roland R8, pianino, pogłos, chorus.

- Jeśli ćwiczę i, że tak powiem, tworzę, to właśnie tu. Ćwiczę w zasadzie codziennie. Kiedy mam jakąś sztukę do zagrania, czy sesję nagraniową, czy nie wiem co tam jeszcze... o!... próbę z jakimś bandem, to ćwiczę przed samym zajściem. Tak naprawdę to są to zwyczajne wprawki. Różne takie śmieszne rzeczy, gamy, pasaże, nic wielkiego. Po prostu ruszam palcami - demonstruje. Przed każdą naszą próbą bzyczał w korytarzu "Karuzeli" niepodłączonym basem, najchętniej jednak glanował struny straszliwymi tremolami z kciuka, na który to palec nasadza jakąś część od Poloneza 1500 zdaje się. - Kiedyś miałem tu otwartą ranę - pokazuje miejsce na prawej dłoni.

"Kiedyś był w Breslau i teges... bił z Lewandkiem w klubie, w mormany... no i... wydobył bardzo eleganckie solo... muszę ci szczerze nawinąć" - Mietka Jureckiego, kiedy mówi, rozumieją tylko ci, którzy znają jego język. To, co czytacie, to moje tłumaczenie. 'Teges... Obcierka o bęben... i tu, na mostku... tu-tu-tu... triolki jak-siemasz... No i ewentual-mą groza... w sumie po całości i bez kitu". Jurecki, jak mało kto, jest życzliwy innym muzykom, ale też i zbluzgać potrafi bez wahania. Na wspomnienie Pilichowskiego objawia złowieszczy uśmiech i kwituje: "Dobry jest... w mormany... naprawdę dobry".

Kiedy mu Urny powiedział, że kciukiem grają debile, chciał go lutować. Nie wie, że to ja kiedyś powiedziałem o tym Uremu. - Slap to jest ten rodzaj techniki, która rozwija się właściwie o tyle, o ile ktoś ładniej zagra. Sama w sobie już się nie rozwija. Można powiedzieć, że zamknięty rozdział. No ale, kurde balans!, jest fantastyczna! - pointę ilustruje miną a la Mussolini.

Jeden z wielu kolesi, którzy grywają z Pi, powiedział mi niedawno: "Czasami mam już dość tego jego karabinu maszynowego non stop". Wypuszcza dym z sykiem. Chwilę milczy, drapie się w głowę i mówi niby żartem: - Teraz, k..., będę się zastanawiał który to powiedział. Ale potem, gdy go zapytam o jazz odpowie znamiennie: - Są takie formy muzyki, które zamykają się w sobie. Myślę, że jazz się właśnie tak zamyka, zaczyna być oazą... no może nie oazą, ale właśnie się pakuje do skrzynki i coraz właściwie staje się dostępny dla bardzo wąskiego grona. Nie wiem, kurde, jak to powiedzieć, ale w sumie jazz... w mordę... jazz się pałuje sam ze sobą i tak będzie dopóki ktoś tego układu nie rozwali, rozumiesz... Nie wymiecie tej czapy, która leży na górze, czyli tych wszystkich szacownych dziadków, którzy grali wtedy, kiedy takich jak ja nie było jeszcze na świecie.

Kilka tygodni temu rozmawialiśmy o naszych wspólnych planach i wtedy zauważył: - Nie ma jazzu, nie ma rocka, pentatonika może mieć pięć miliardów wersji, bo tylu jest ludzi na globusie. Nie ma reguł, że akurat to wykonanie musi być lepsze, a tamto gorsze, bo coś tam. Moim grzechem jest to, te po prostu gram za dobrze na instrumencie. Ja przywiązuję wagę do perfekcyjnego wykonania.

Świeżo po festiwalu w Leverkusen zaskoczył mnie swoją reakcją na to, co mu się tam przydarzyło. - Byłem poważnym kandydatem do głównej nagrody dla najlepszego instrumentalisty. Przez moment mnie to, kapujesz, łechtało... Wiesz, to mile, że ktoś cię docenia i to do tego na obcym gruncie, no i w ogóle w obcym gronie... Przegrałem o oczko z pewnym pianistą, prawdziwym akustycznym pianistą jazzowym i coś ci powiem: to po prostu było sprawiedliwe. Bez kitu. Tam naprawdę ludzie grali coś, co inni z pełną powagą nazywają jazzem i gdybym tam wygrał, nie czułbym się dobrze do końca. Przecież ja nie jestem basistą "jazzowym" i wobec "jazzu" oraz tych wszystkich bardzo fajnie grających tam ludków byłoby to nie fair.

 Odkładam okładkę, słuchałem płyty dwa razy. Gra na niej z wielką pasją i po swojemu. No i "po całości", jakby nawinął Jurecki. Kompozytorsko wydaje się być dzieckiem rzeczy WHEATHER RAPORT czy Billy Cobhama sprzed 20 lat. Nie mnie sądzić, czy dla Wojtka Pilichowskiego to dobrze, czy źle. Kiedy to słyszy, nie reaguje gwałtownie. Sięga po drugiego papierosa, mruży oczy i obutymi w czarne glany stopami wystukuje na dywanie gęsty rytm. Nie zamierza się przede mną usprawiedliwiać. - Ta płyta jest zapisem stanu rzeczy na dziś. To jest mój stan faktyczny. Jestem z niej dumny, uwierzysz? Nie myślę o tym, że mogłaby być lepsza, albo na przykład inna. Taka po prostu jest i finito. Nie pokazałem na niej wszystkiego, choć myślę, że są tu zajawki typu "na co mnie stać". Zagrali ze mną najfajniejsi ludzie, jakich znam. Nie pytali o nic... Może jak Bóg da, to zarobią parę złotych, jak się ta płyta sprzeda, oczywiście... Uśmiecha się, ale już nie mówi z tym zawadiackim akcentem. Patrząc mi w oczy kontynuuje: - Wiesz... Taki Zawinoul to dla mnie... to trzeba zrozumieć... zrozumieć mój wiek i czas w jakim ja, Pilichowski, żyję. Ja ci coś powiem, ja go nie znam. Obca rzecz. Nie wiem, może on grał jazz w 1945 roku? Naprawdę nie wiem... Nie chcę go obrażać, ale nie można być na topie przez 40 lat, tylko dlatego, że się samemu wytworzyło taki układ... rozumiesz... Trzeba szukać nowych rozwiązań. Adamiak z "Akwarium" powinien mu postawić bardzo duże, dobrze schłodzone piwo. - Zresztą Polska i reszta świata to dwie różne planety. Jesteśmy teraz tutaj i tu na razie jest nasz świat. Widzisz, może to k... i paradoks, ale ja nie słucham płyt i innej muzyki, bo głównie myślę o tym, co sam mam do załatwienia w muzyce i w swoim graniu. Powiem ci zresztą rzecz jeszcze bardziej obciachową: ja prawie nigdy nie czytałem książek. Po prostu szkoda mi było czasu. W tym czasie mogłem po prostu grać, rozwiązywać swoje problemy z. gitarką, ćwiczyć, zmagać się z instrumentem... (...) Polski jazz to kocioł, w którym są mieszane kiepskie zapachy. Ja się nie boję tego powiedzieć, bo ja od nich nie zalezę w żaden sposób. Cisza, bo czas pociągnąć dym do płuc. Pytam czy w ogóle można od kogoś zależeć. - Może, gdybym zależał finansowo, to bym się czegoś obawiał. Ale oni mi nic nie mogą zrobić, bo żyję poza nimi, bez nich. Zarabiam swoje pieniądze sam i sam włażę na swoją drabinkę. Ciągnie łyk kawy i dodaje: - Przecież ponad tym wszystkim jest ktoś taki, jak Marcus Miller.

Obie płyty, które zorganizował i nagrał, dzieli przepaść większa, niż można sobie wyobrazić, analizując nawet atlas świata. - Jeśli ta coś zwojuje, to będzie bardzo OK - mówi, ale zaraz dodaje: - Oczywiście i tak nagram następną pod koniec 95 roku. Małą łyżką, rozumiesz. Przedtem, jak go znam, będzie chaos, wmieszany w wielkie buszowanie po różnych studiach nagraniowych, koncerty w nieprzewidywalnych składach, wiele posunięć, których nikt nie zrozumie i między tym wszystkim kolejna płyta Gosi, której jak dotąd dedykuje wszystkie swoje solowe nagrania. - Będę uważnie wsłuchiwał się w zalecenia artystki - mówi z uśmiechem, wychodząc do przedpokoju...

Zbigniew Hołdys

PS. Na autoryzację miał przyjechać o piętnastej. Zadzwonił o czternastej, powiedział, że był skołowany i teraz nie pamięta już, o której się ze mną umówił. Powiedział, że przeprasza i że będzie o osiemnastej, jak tylko skończy małe nagranko dla kogoś tam.

.